22/10/2024

Dlaczego mniej to więcej

Na czym skupia się przeciętny człowiek w wieku 25-50 lat? W moim odczuciu, większość osób skupia się na dorobku. Aby dorobić się przed emeryturą, przed starością, tak aby na starość móc czerpać plony z życiowego siewu. Mieć gdzie mieszkać, mieć czym jeździć, mieć odchowane i wykształcone dzieci, mieć gdzie pojechać na długi weekend lub wakacje, mieć za co się leczyć, mieć za co podróżować i tak dalej. Oczywiście cały ten okres dorabiania się również mniej więcej polega na tym, co przed chwilą wymieniłem, a więc na gromadzeniu i korzystaniu z majątku lub przeżywaniu doświadczeń.  

Myślę, że nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie pułapki zastawiane przez materialistyczny i konsumpcyjny świat. Wszak zapewnienie sobie schronienia, a aktualnie mieszkania czy domu – to jedna z podstawowych potrzeb człowieka od zawsze. I ta potrzeba jest skrzętnie wykorzystywana chociażby przez deweloperów. Zobaczcie na te emocjonalne nazwy osiedli. Zawierają w sobie słowa-klucze jak: przystań, park, oaza, ogrody, zakątek i temu podobne. Mają odwoływać się do spokoju, bezpieczeństwa, wytchnienia, relaksu… podczas gdy większość z nich to zabetonowane, zakostkowane, zagrodzone betonowe getta, w których samochodów jest więcej niż drzew. Pomimo, że na prospektach i ofertach jest mnóstwo zieleni, bawiących się dzieci i rodzin spacerujących po przyjemnych chodnikach.  

Idźmy dalej i zwróćmy uwagę wystrój i wyposażenie takich mieszkań. Nie znam statystyk, ale na podstawie moich obserwacji zakładam, że kilkadziesiąt procent z nich jest urządzana w Ikei, Pepco i Jysku. Te same przedmioty, gadżety, ozdobniki, szklanki, dywany, szafki, sztućce i ramki. A wszystkie te rzeczy kupowane pod wpływem wszędobylskiego komunikatu nawołującego do tworzenia przytulnej przestrzeni, swojej strefy, otaczania się pięknymi przedmiotami, lepszego życia, wygodniejszego życia, a teraz to i smart życia.  

Nie jest łatwo oprzeć się marketingowi wycelowanemu w tak istotną potrzebę, jak zapewnienie sobie i swojej rodzinie bezpieczeństwa oraz schronienia. Dlatego nie dziwię się kupowaniu poduszek, w celu ocieplenia salonu, a które w praktyce większość czasu przeleżą na podłodze lub pod plecami. Nie dziwię się zasłonom i karniszom, które mają sprawić nastrój do wypoczynku i pozwolić odciąć się od zabieganego świata, a które w praktyce będą siedliskiem kurzu i roztoczy, bo ich zdjęcie, upranie, wysuszenie i powieszenie to istna katorga. Nie dziwię się sprzętom AGD: tosterom, blenderom, gofrownicom, zapiekaczom i opiekaczom i spieniaczom do mleka, wszak każdy chciałby w domu przygotować dla siebie i swoich bliskich potrawy jak z najlepszej kawiarni lub zagranicznych wycieczek. Ale dobrze wiemy, że sprzęty te są używane raz do roku, a kiedy się zepsują to lądują w śmietniku lub w szafie.  

Dlatego, może jednak warto byłoby mieć mniej? Mniej rzeczy. Mniej rzeczy o które trzeba dbać, prać, prasować, sprzątać, naprawiać, ładować lub zmieniać im baterie, nastawiać po wyłączeniu prądu, aktualizować, serwisować i tak dalej. Mniej rzeczy, które zajmują miejsce, wypełniają każdą wolną przestrzeń, przez które ciężko znaleźć to, czego akurat potrzebujemy, bo musimy nurkować między tymi rzeczami w szafkach, pawlaczach, pod kanapami i łóżkami, w garderobach i komórkach. Mniej rzeczy, o które się potykamy jak rozrzucą je dzieci lub zwierzęta. Mniej rzeczy, o które się boimy, że popsują je dzieci lub znajomy czy sąsiad, które je od nas pożyczy lub popsują się w podróży, transporcie.  

W końcu, mniej rzeczy, które przecież kosztują pieniądze. A pamiętajcie, że pieniądze, to ekwiwalent czasu, który oddajecie swojemu pracodawcy lub klientowi.  

Mniej rzeczy, które zabierają czas. Dlaczego by nie zamienić czasu spędzanego na oglądaniu telewizji lub VoD na inne czynności lub bezczynności. Chociażby regeneracyjną drzemkę po ciężkim dniu pracy. Albo wspólne leżenie na łóżku i gapienie się w sufit z partnerką. Zabawę w piaskownicy z dzieckiem. Przejażdżkę rowerową na gofry lub lody. W ten sam sposób można zamienić czas potrzebny na sprzątanie mebli zajmowanych przez rzeczy (a raczej rupiecie), czas spędzany w telefonie, czas poświęcony na kupowanie, pranie i prasowanie nadmiernej ilości ubrań. 

Każda nowa rzecz w naszym majątku – czy to kupowana jako nowa, czy używana – wymaga naszej energii. Najpierw, żeby ją wyszukać. Najgorzej, jeśli na rynku jest duży wybór, a rzeczy mają (z reguły pozorne) różną specyfikację. Dotyczy to zwłaszcza elektroniki i AGD. Weźmy dla przykładu wybór nowego smart TV - to szukanie kompromisu między niezawodnością, funkcjonalnością, designem i ceną. Wymaga to nakładu czasu na zapoznanie oferty, recenzji, ocen, weryfikacji cen. No chyba, że ktoś kupuje pod wpływem emocji, polecenia lub w ciemno, to zaoszczędzi na czasie. Ale w dalszej kolejności należy taki telewizor nabyć, więc trzeba pojechać do sklepu, a następnie przywieźć go do domu. Chyba, że zamawiamy przez Internet, to mamy ten problem z głowy. Ale w dalszej kolejności telewizor trzeba zamontować. Jeśli wieszamy go na ścianie, to wcześniej trzeba przywiercić uchwyt. Następnie telewizor trzeba skonfigurować i zalogować się na używane platformy. Dużo tego wszystkiego, a to dopiero wstęp do kradzieży naszego czasu, jakim jest oglądanie telewizji, VoD, sportu, czy grania w gry.  

Co innego na przykład kuchenka mikrofalowa, która w dłuższej perspektywie ma nam zaoszczędzić czas na podgrzewanie posiłków i zmywanie.  

Zobaczcie ile czasu zyskujemy nie mając telewizora. Oddzielnym tematem jest zyskanie energii życiowej potrzebnej na trawienie treści oglądanych na telewizorze, ale tym zajmiemy się w oddzielnym wpisie.  

Także idea mniej to więcej przejawia się właśnie w redukowaniu rzeczy, które zabierają nasz czas. Im mniej takich rzeczy, tym więcej czasu i energii, które możemy poświęcić sobie i swoim bliskim.

Co dalej?